An Najma. Z nutą Orientu  o tańcu i ludziach.

Z cyku „MY” – Anez czyli Agnieszka Dąbrowiecka

Anez – skąd się pojcatsawił ten pseudonim?
To „długa historia” i kompletnie nie związana z tańcem… Dawno, dawno temu pisałam wiersze na konkurs poetycki, na który wysłała mnie moja polonistka. Wymogiem było podpisanie prac pseudonimem – i co tu zrobić? Trzeba było coś wymyślić – Anez powstała od skrócenia mojego imienia (wywaliłam co drugą literkę i „a” na końcu). Potem zaczęłam tak podpisywać moje rysunki, a moim znajomym to podpasowało i zaczęli tak na mnie wołać – i się jakoś przyjęło. Teraz większość moich znajomych nie wie jak mam naprawdę na imię. Chociaż obcym osobom przedstawiam się jak najbardziej formalnie 🙂

Tańczysz ATS – skąd fascynacja tym właśnie stylem?
Tańczę nie tylko ATS. Razem z fuzją to moje dwie, wielkie, taneczne miłości. Pewnie jak większość tribalek zaczynałam od klasycznego tańca brzucha, ale bardzo szybko odkryłam Rachel Brice i było pozamiatane… Tribal to zdecydowanie moja bajka, w nim się dobrze czuję – w stylistyce, muzyce, różnorodności „odmian” i możliwościach które daje. ATS natomiast przyszedł w sposób najbardziej oczywisty i naturalny. Ciężko jest nie chcieć „wrócić do korzeni”, a ten styl właśnie stoi u podstaw tribalu. Dopełnia również to wszystko jeszcze poczuciem wspólnoty, głębokich więzi i zrozumienia – nie da się bez tego dobrze tańczyć ATS-u. Musisz patrzeć swoim partnerkom głęboko w oczy, a one muszą potrafić wyczuć, co masz zamiar za chwilę „zaliderować” – i na odwrót oczywiście, bo przecież osoba prowadząca może się zmieniać w jednym tańcu wielokrotnie. Nie będę ukrywać, że bardzo lubię „liderować”, zwłaszcza do utworów, którą szczególnie mi się podobają.
Kolejny aspekt tego tańca to stroje – dawniej nieco mroczniej, a dziś uwielbiam stroić się w „jardówki” w intensywnych kolorach, poobwieszać się biżuterią i powpinać kolorowe kwiaty we włosy. Śmieję się czasami, że upinam sobie ogród na głowie, bo na jednym czy dwóch kwiatkach się nigdy nie kończy 🙂 Czego by nie mówić, dobrze zatańczony ATS w całym tym tanecznym szpeju robi wrażenie i to właśnie w nim kocham.
Przyznam się jeszcze, że ATS-em zajęłam się „na poważnie” dopiero jakieś dwa lata temu. Wcześniej wprawdzie nie był mi obcy, ale przewijał się tylko na warsztatach na które jeździłam – tańczyłam raczej okazjonalnie. Niestety do tego stylu potrzebna jest grupa, którą znalazłam dopiero kiedy wyjechałam do Stanów i było naprawdę cudownie. Teraz ATS wyszedł nieco na prowadzenie w moim tribalowym serduszku.

W Twoim tańcu widać dużą dokładność i dynamikę. Co według Ciebie jest najważniejsze (lub najtrudniejsze) w ATS?
Jeszcze nikt mi nigdy czegoś takiego nie powiedział, bardzo dziękuję 🙂 Co jest najważniejsze? Chyba wszystko, ale przede wszystkim… postawa ciała, bez dobrej postawy ATS po prostu brzydko wygląda. I nie jest to niestety łatwe, zwłaszcza jeśli się wcześniej nigdy nie ćwiczyło, albo nie zwracało uwagi na garbienie pleców. Klata w górę, miednica do przodu, ramiona w dół, długa szyja – nie jest to najbardziej naturalna postawa na świecie, a jak ręce mdleją, jak bolą… bo przecież prawie cały czas mamy je w górze i rzadko kiedy schodzi się z nimi poniżej poziomu klatki piersiowej. I trzeba tak wytrzymać 3, 5 albo i z 15 minut. Nie jest to łatwe, a to dopiero początek.
Do tego dochodzi jeszcze wypracowanie sobie tej więzi, nici niemego porozumienia ze swoją grupą, bo w końcu ATS to grupowa improwizacja. Nie układamy choreografii, nie uczymy się niczego na pamięć i nikt też nie wykrzykuje komend. Trzeba opanować wszystkie kroki i „tworzyć” występ na żywo, a żeby nasza grupa, którą właśnie liderujemy zatańczyła idealnie musi nauczyć się „wyczuwać”, co lider zaraz zrobi – to zajmuje też trochę czasu, ale ile daje radości!
Wydaje mi się, że obydwie te rzeczy są zarazem najważniejsze, jak i najtrudniejsze.
Do najtrudniejszych jeszcze zaliczyć możemy wolne kroki ATS-owe. Wydawać by się mogło, że to właśnie szybkie powinny sprawiać więcej problemów, ale nie… 🙂 Wolny ATS to gracja i elegancja, mięsiste i zarazem płynne ruchy, które wykonuje się tym trudniej, im wolniej próbujemy je zatańczyć. Mięśnie się wtedy buntują, chcą jak najszybciej skończyć ruch, przyspieszają… ale wszystko to da się wyćwiczyć. Po 8 latach tańca ręce nie bolą już tak bardzo 🙂

Skąd pochodzisz i jak trafiłaś do Wrocławia i oraz An Najmy?
Pochodzę z Zielonej Góry – piękne miasto, jestem lokalnym patriotą i przez większość swojego życia uważałam, że nigdy się stamtąd nie wyprowadzę. We Wrocławiu za to pojawiałam się dość często – mam tu wielu znajomych, przyjeżdżałam też na zajęcia z ATS-u i fuzji. Ale Zielona Góra była moim miejscem i nie chciałam jej zostawiać. Los jednak postanowił inaczej, przy współudziale mojego męża 😉
Po drodze do Wrocławia „zahaczyłam” jeszcze na rok o mroźne St Paul w Minnesocie. Udało mi się skontaktować z dziewczynami z zespołu Kamala Chaand Dance Company, które już po miesiącu wspólnych treningów zaproponowały mi przyjęcie do zespołu. Oczywiście przyjęłam zaproszenie dumna i blada i bardzo zachwycona.
Przez rok uczyłam się od nich i występowałam bardzo intensywnie. Chciałam się nauczyć jak najwięcej, w końcu miałam niepowtarzalną okazję tańczyć z 3 „certyfikowanymi” nauczycielkami ATS-u. Wtedy zrozumiałam jak ważne są częste treningi i tańczenie ze sobą. Wytworzyłam sobie ATS-ową „nić porozumienia” z dwiema dziewczynami, z którymi najczęściej występowałam – rozumiałyśmy się w tańcu bezbłędnie.
Jeszcze się pochwalę, przepraszam, ale lubię się chwalić 🙂 Spełniłam tam też swoje największe tribalowe marzenie – udało mi się wziąć udział w warsztatach z Zoe Jakes i pójść na koncert Beats Antique – tribalki będą wiedziały, dlaczego tak bardzo się z tego cieszę 🙂 Zoe jest moim fuzyjnym guru  i tancerką, którą absolutnie wielbię, podobnie jak Kae Montgomery w ATS-ie (do niej mam nadzieję się jeszcze załapać na warsztaty).
anez 3aA wracając do tematu… Rok w Stanach szybko dobiegł końca i z mieszanymi uczuciami – jednocześnie tęskniłam za domem, a z drugiej strony szkoda mi było zostawiać dziewczyny z zespołu, ale wróciliśmy do Wrocławia. Tu nie musiałam zaczynać wszystkiego od zera. Mam tu swoje „taneczne towarzystwo”, które znam od lat. Jeszcze będąc za oceanem ugadywałam się z moimi koleżankami, że jak tylko wrócę założymy zespół – Mantykora (swoją premierę miałyśmy  na zeszłorocznym Tribal Vanguard w Poznaniu), a jednocześnie moja wspaniała Agata Thrams opowiadała mi jaką ma cudowną grupę, którą uczy w An Najmie. Postanowiłam to sprawdzić 🙂 I faktycznie jest super. Dziewczyny również przyjęły mnie do zespołu, także czuję się również związana z Sin Nombre Tribe. I takim sposobem, trochę naddając drogi z Zielonej Góry, wylądowałam tu i muszę przyznać, że czuję się tu świetnie.

Co najbardziej lubisz w zajęciach ze swoimi kursantkami?
Na wstępie bardzo serdecznie pozdrowię moje dziewczyny, bo to przez nie, albo dzięki nim zaczęłam uczyć . Dziewczyny wykazują się niebywałym zaangażowaniem i entuzjazmem, a także żądzą wiedzy i wymagają momentami wręcz matematycznego tłumaczenia kroków 🙂
Wszystko zaczęło się od tego, że zauważyłam u nich niechęć do grania na saggatach – jak wiadomo nie ma ATS-u bez saggatów. Dziwnie się wręcz czuję, kiedy miałabym zatańczyć szybki kawałek nie grając na nich jednocześnie – czegoś mi wtedy brakuje na palcach. Ale nie zawsze tak było. Kiedyś ich bardzo nie lubiłam i mi przeszkadzały w wykonywaniu figur. Dziewczyny były chyba na tym etapie jeszcze jakiś czas temu. Zaproponowałam, więc im zajęcia, które miałyby tą niechęć pokonać i nauczyć jak z nimi tańczyć. Teraz po kilku miesiącach ze mną widzę, że używają już ich bardziej swobodnie i się przede wszystkim nie poddają, kiedy wymyślam coraz to nowsze sposoby na „dręczenie ich”. Ku mojej radości przyjmują to z uśmiechem na ustach i za bardzo nie marudzą już na te straszne saggaty. I coraz lepiej ze sobą tańczymy. Naprawdę bardzo lubię poniedziałki dzięki nim.
Przepraszam za ten „amerykański” entuzjazm, ale trochę to weszło w krew po roku przebywania z kobietami, które są całkowicie z siebie zadowolone i wiecznie pozytywnie nastawione do życia. W sumie dużo milej jest tak się zachowywać, niż wiecznie marudzić na wszystko. Dodaje to też dużej pewności siebie, której wydaje mi się brakuje niejednej naszej, świetnej polskiej tancerce – chwalenie się przychodzi nam z dużym oporem. A w ATS-ie przecież od tancerek powinna bić duma i absolutna pewność siebie – ja jestem gwiazdą, jestem piękna, podziwiajcie mnie – tak powinnyśmy się czuć, niezależnie od wieku, wzrostu czy rozmiarów. Moje uczennice, z tego co obserwuję mają tej pewności siebie coraz więcej, z czego naprawdę się cieszę.

Czy w Twoim życiu znajduje się miejsce na zainteresowania inne niż taniec?
Niestety mam ich chyba aż za dużo 🙂 Z zawodu jestem grafikiem komputerowym, ostatnio także ilustratorem, a co za tym idzie tworzenie, rysowanie i malowanie to moja pasja. Do tego rękodzieło zajmuje też dużo mojego czasu – pokazuję moje „wyroby” na ostatnio nieco rzadziej aktualizowanych dwóch stronach na Facebooku – MasKOTeria i Artificium. Tą drugą współtworzę z moją przyjaciółką i traktuje o moim kolejnym hobby – rekonstrukcji historycznej, która zaczęła się szybciej niż taniec i w sumie przez nią przypadkiem zaraziłam się bellydance’m, ale to już inna i także długa historia. W każdym razie, średnio raz w miesiącu od kwietnia do października przebieram się w XIV lub XVII-wieczne stroje (bo robię dwie epoki) i bawię się już od 12 lat na imprezach historycznych. Podejrzewam, że gdyby wydłużyć dobę i dodać z 3 wolne dni w tygodniu, to zajęłabym się jeszcze czymś innym. Muszę przyznać, że przychodzą czasem takie dni kiedy chcę po prostu poleżeć w łóżku pod kocem i nic nie robić 🙂

Trochę się rozgadałam, ale o tańcu długo mogłabym mówić. Mam nadzieję, że czytający nie znudzą się w połowie. Pozdrawiam wszystkich serdecznie i do zobaczenia w poniedziałek na zajęciach!

Z Anez (Agnieszką Dąbrowiecką) – instruktorką ATS w ST An Najma – o tańcu, tańcu i tańcu rozmawiała Agnieszka Tokarska